Wyobraźcie sobie wieś. Ale nie
centrum, takie przedmieścia wsi. W sensie pusto, pusto, pusto, dwa
gospodarstwa, i dalej pusto. Jest jeszcze droga. I las. Dużo lasu. W
tym lesie mieszkam w łikendy i wszelkie wolne od szkoły dni. Ale
nie o to nam chodzi. Chodzi o te gospodarstwa. W jednym z nich
mieszkają nasze sąsiadki. Starsze panie, czyli wiadomo- religijne.
Zwykle podwozimy je do kościoła. Do ich domu prowadzi może
stumetrowy podjazd, wśród pól. Pole ma dość głęboki rów. I w
ten rów wpadła moja siostra autem (konkretnie jego połową). I
teraz jak to wyciągnąć? Pchanie nie wiele daje. Czekamy na tatę,
który „już zaraz miał jechać” ale go jak nie ma tak nie ma.
Po ciepłej herbatce słychać- jedzie! Ale to nie tata... Ale już
drugi sygnał to już on. Jedzie minibusem więc może coś poradzi.
Przesunęliśmy auto może o metr, zanim lina się nie urwała. Ale
na szczęście sąsiad miał traktor! I tym traktorem udało się
wyciągnąć samochodzik. Niestety wyładował się akumulator, więc
nie ruszy. Jednak pociągnięcie autka dookoła placu sąsiadki
pomogło i autko ruszyło. I to się działo w ferie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz